Home

Terminy Spotkań:

 

LISTOPAD 2019 r

 

07-11-2019

MSZA ŚWIĘTA

czwartek, godz.18:00

po Mszy Św.

modlitwa wstawiennicza

 

14-11-2019

SPOTKANIE MODLITEWNE

czwartek, godz.19:00

 

21-11-2019

ADORACJA,czwartek

po Mszy Św.o godz.18:00

 

28-11-2019

SPOTKANIE MODLITEWNE

czwartek, godz. 19:00

 

 

 

 

 

 


Licznik odwiedzin:



Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates

            Świadectwo poranka wielkanocnego.

            Dzisiejsza Ewangelia przedstawia nam świadków zmartwychwstania Pana. Każdy z nich na swój sposób przeżywał spotkania z Jezusem, Jego nauki, cuda, mękę i śmierć. Każdy z nich kierując się swoimi doświadczeniami inaczej reaguje na brak Jezusa w grobie.

            Pierwszym z nich jest kobieta - Maria Magdalena. Nie ma w tym nic dziwnego. To kobiety chodziły za Jezusem, słuchały Go i towarzyszyły Mu aż do końca - na Kalwarii, aż do chwili zdjęcia z krzyża. Zatem Maria Magdalena kierując się miłością do Jezusa wczesnym rankiem, kiedy jest jeszcze ciemno idzie do grobu, aby być blisko Niego. Zapewne czuje smutek i ból. Kiedy tam dochodzi widzi odsunięty kamień. Nie ma czasu żeby zastanowić się choć przez chwilkę co mogło się stać. Jest zaskoczona i zdenerwowana: zabrano Pana z grobu! Nie wiadomo gdzie teraz jest! Pogłębił się w Marii Magdalenie ból niedawnych wydarzeń. Jest rozczarowana. Nie zważa więc na nic i biegnie do apostołów.

            Kolejnymi świadkami są dwaj uczniowie: Szymon Piotr i Jan. Zaalarmowani przez Marię Magdalenę szybko wychodzą do grobu. Śpieszą się, biegną. Jan wyprzedza swojego współtowarzysza, ale nie wchodzi do środka. Nachyla się tylko i widzi leżące płótna, którymi Jezus został owinięty i złożony później w grobie. Lęka się? Może daje pierwszeństwo starszemu? A może potrzebuje chwili czasu, aby przypomnieć sobie ze spokojem słowa Jezusa? Przychodzi do grobu Szymon Piotr, który został w tyle. On odważnie wchodzi do grobu. Jego oczom ukazują się leżące płótna oraz chusta, którą Jezus miał na głowie. Wszystko jest w zaskakującym porządku - pozwijane, poskładane. Nie ma tylko Jezusa. Niedowierzanie? Zadziwienie? Zaskoczenie? Zdezorientowanie? Wręcz odrętwienie.

            Wreszcie wchodzi do grobu także Jan. On widzi dokładnie to samo co widział Szymon Piotr: ławę, na której spoczywało ciało Jezusa, płótna i chustę. Niby to samo, a jednak więcej. Ewangelista pisze: "Ujrzał i uwierzył". Zatem ta chwila refleksji w pokoju przyniosła swoje owoce: Jan uwierzył, bo "dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych". Jan przeżywa wszystko w pokoju, nie panikuje.

            Uwierzył również Piotr, o czym daje świadectwo w domu centuriona w Cezarei. Opowiada o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Opowiada jak to Jezus ukazuje się później osobom wybranym przez Boga na świadków, które z Nim jadły i piły po zmartwychwstaniu. Świadkowie mają ogłosić, "że Bóg ustanowił Jezusa sędzią żywych i umarłych" i przypomnieć o Jego miłosierdziu - "każdy kto w Niego wierzy, w Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów".

 

A jakim ja jestem świadkiem zmartwychwstania Jezusa? Czy miałam/miałem czas zastanowić się podczas tych rekolekcji czy też całego Wielkiego Postu do jakiego zadania powołuje mnie Bóg? Czy chcę na to powołanie odpowiedzieć? A może przed nim uciekam? Czy spotykałam/łem się z Jezusem w Jego Słowie, w modlitwie, w nauczaniu? Czy uczestniczyłam/łem w Drodze Krzyżowej? Jakie są moje doświadczenia?

 

            Może jestem rozczarowana tak jak Maria Magdalena, że "grób jest pusty". Przecież tyle się natrudziłam sprzątając cały dom, robiąc zakupy, przygotowując przeróżne dania... No i jeszcze do tego praca zawodowa. Nikt mnie przecież nie może zastąpić. Ja zrobię to najlepiej. Ech...a oni sobie poszli na Drogę Krzyżową, na adorację, a tu jeszcze tyle roboty. Czy nie wiedzą, że powinni pomóc? Znów czuję się oszukana. Znów ktoś mnie zranił. Nie ma wokół mnie ludzi, z którymi mogłabym się spotkać, porozmawiać, zaufać im. Złość, gniew, ból samotności; cierpienie i smutek, rozczarowanie. O wiele łatwiej przychodzi mi koncentrowanie się na tym, co przykre, bolesne, trudne i raniące. Aby kontemplować to, co daje radość, pobudza do życia, pozwala cieszyć się życiem i Bogiem potrzeba włożyć wysiłek. Pozostaję więc przy cierpieniu i bólu. Trwam przy krzyżu. Krzyż jest moim celem. Zapominam, że krzyż jest tylko drogą do zbawienia. Zapominam, albo wcale nie przyjmuję, że Jezus zmartwychwstał, że pokonał ból i cierpienie, pokonał samotność i śmierć. Nie mam czasu zastanawiać się nad tym. Ważniejsze jest to co ja przeżywam, nikt mnie nie rozumie. A powinni, powinni coś zrobić, abym tak się nie czuła. Adoruję swój ból, swoją krzywdę. Nie widzę możliwości wyjścia z tej sytuacji.

            Może tak jak Piotr odważnie wkraczam do środka. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. To wszystko mogę wytłumaczyć. Wszystko dzieje się zgodnie z ustalonymi wcześniej przeze mnie zasadami. Jest zaplanowane i przemyślane, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Tak, jest Bóg. Jest Jezus, który żył i nauczał, uzdrawiał, zmarł. Ale co Mu do mojego życia? Sam sobie ze wszystkim poradzę. Wierzą, że zmartwychwstał? Może to i dobrze, że zmartwychwstał. Trochę wolnego się przyda. Odpocząć można, gdzieś pojechać, rodzinę odwiedzić, nawet do Kościoła pójdę. W końcu to raz do roku takie święto się zdarza. Coś smacznego przygotuję. Będzie radośnie. Będzie świątecznie. No tak. Chodziłam w szkole na religię; rodzice też coś tam ciągle mówili o Bogu, ciągali mnie na każde rekolekcje; pilnowali, abym w niedzielę chodziła na Mszę. Teraz więc też pójdę, bo tradycja, bo inni tak robią, ze względu na szacunek do rodziców. Nawet koszyk wielkanocny poświęciłam. Jednak "grób jest pusty". Święta się skończą, a ja wrócę do swojego uporządkowanego świata. Tu wiadomo zawsze co się zdarzy: praca, dom, pilot od telewizora, spanie i znów praca. No może czasem jakieś spotkanie się zorganizuje, no i koniecznie wyjazd na wakacje. W moim życiu wszystko można ogarnąć rozumem, nie potrzeba wiary, nie potrzeba zmartwychwstania, nie potrzeba nawrócenia. Wszystko jest ok.

            Czy też jestem jak Jan. Powoli na spokojnie podchodzę do wszystkiego, do mojego życia i tego co się w nim dzieje. To nie moja wola ma się spełnić, ale Jego. To Bóg stworzył ten świat i mnie. To On zawarł ze mną przymierze, któremu jest wierny do końca. To Ojciec wysyła swojego Syna na ziemię, aby nauczał, aby uzdrawiał, aby dokonał cudu zmartwychwstania, aby mnie zbawił. Tak było ponad dwa tysiące lat temu i tak jest dziś. Tak ogromna jest Jego Miłość. On czeka na mnie każdego dnia. Dziś też. Ja chcę odpowiedzieć na tę Miłość swoją miłością taką jaką mam, jakiej się nauczyłam od moich rodziców, od moich bliskich. Chcę uczestniczyć w życiu Jezusa, chcę słuchać Jego nauki, codziennie się nawracać.

            Zwróciłam szczególną uwagę na to nawrócenie w okresie Wielkiego Postu, kiedy to poprzez swoje Słowo, Bóg przemawiał do mnie i wzywał do refleksji nad moim życiem. Tak jak Jezus starałam się przebywać przez czterdzieści dni na pustyni mojego życia. Podobno niemożliwe jest, aby człowiek tyle czasu nie jadł i nie pił, ale ja wierzę, że Jezus tego dokonał. Tak jak Jezus spotykałam codziennie różne osoby. Jednych obdarzałam uśmiechem, innych dobrym słowem, dobrą radą, a jeszcze innym niosłam pomoc. Tak jak On, nie byłam obojętna wobec nich. Byłam z Jezusem w Wieczerniku, gdzie prosił mnie, aby spożywać Jego ciało i krew; gdzie ustanowił sakrament kapłaństwa. Jestem Mu za to wdzięczna. Dziś mogę przyjmować do swojego serca Komunię świętą z rąk kapłanów. Byłam też przy nim kiedy zdradził Go Judasz, kiedy przyszli Go pojmać. Słyszałam wydany na Niego wyrok. Kroczyłam z Nim Drogą Krzyżową, cierpiałam z Nim przy biczowaniu i cierniem ukoronowaniu. Stałam pod krzyżem, gdy oddawał swoje życie. Przeżywałam ból i cierpienie Jezusa, ofiarowałam ból i cierpienie mojego życia Jemu. U Pana dziś zostawiam troski swe, oddaje Mu, On chętnie ciężar mój chce nieść, składam go u Jego stóp i ulgę czuję znów. Moje zwątpienie, strach u Pana składam dziś.

            Tak, dziś jestem gotowa przyjąć Jego zmartwychwstanie. Dziś może On królować w moim życiem. Dziś Jego grób jest pusty, a Chrystus jest zawsze przy mnie. W znaku pustego grobu widzę nadzieję i życie, widzę radość, bo mogę przebywać z moim Panem. Miłość Boga do mnie - człowieka musiała osiągnąć najwyższą cenę - ceną tej miłości mógł być tylko Boży Syn. W ten sposób dokonuje się moje odkupienie. Człowiek sam nie może „przebłagać” Boga. Moje grzechy nie są do „odpracowania” przeze mnie samą. Moje grzechy może odkupić tylko „Baranek bez skazy”. On zmartwychwstał nad moimi słabościami, nad moimi grzechami. On jest moim "narzędziem przebłagania" jak pisze św. Paweł w Liście do Rzymian (Rz 3,25). To przez Niego dokonuje się moje pojednanie z Bogiem, nadzieja na życie wieczne.

            Ja wierzę. Wierzę, że On synem Boga jest. On zmarł i powstał, aby żyć. Za cenę śmierci życie dał. Wierzę, że jest tu teraz. Dziś mogę i chcę tak jak święty Piotr świadczyć o Nim, o zmartwychwstałym Chrystusie obecnym w moim życiu. On działa w moim życiu. Jest obecny: naucza i uzdrawia, karmi mnie swoim ciałem. Opiekuje się mną, wspomaga w każdej chwili. On jest miłosiernym sędzią żywych i umarłych, odpuszcza moje grzechy, wspomaga w słabościach. Zgodziłam się, aby zmartwychwstały Chrystus wszedł w moje życie i przyjmuje go jak przyjaciela, z ufnością. On jest moim życiem! Nie lękam się, powierzam się Jemu. Ufam, że Jezus jest blisko i przyjmuje mnie z otwartymi ramionami, obdarza mnie pokojem i radością; dodaje sił, by żyć tak jak On chce. Szczególnie w tych chwilach, kiedy mi się wydaje, że trudno iść za Nim.

            Na przeżywanie Świąt Zmartwychwstania Pańskiego życzę nam wszystkim, abyśmy mieli odwagę tak jak Jan uwierzyć i przyjąć Jezusa zmartwychwstałego do swojego życia, cieszyć się przebywaniem w Jego obecności, z Nim wzrastać w naszej wierze, nadziei i miłości. Tak przygotowani nieśmy świadectwo zmartwychwstania Chrystusa naszym bliskim, jak też wszystkim innym. Dzielmy z nimi radość wielkanocnego poranka: Jezus zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja!

 

    Siedem myśli na czas świąt paschalnych

 

 

 

 


 

      Triduum Paschalne

 

 Droga Wielkiego Tygodnia to intensywniejsze niż zazwyczaj podążanie śladami Jezusa, naszego Zbawiciela. Ostatnie dni Jego ziemskiego życia przykuwają naszą uwagę. Nie bez przyczyny. Tu przecież odczytujemy wypełnienie Jego misji. Dlatego tu potrzeba szczególnej uwagi. Niewiele pozostałoby z nauczania Mistrza z Nazaretu, gdyby nie to spełnienie, o którym mówił swoim uczniom, a które i tak zaskoczyło ich zupełnie. W święte dni Triduum sacrum dołączamy do grona uczniów, by wsłuchać się w głos Serca, które do końca nas umiłowało.

Sztuka czuwania

Wielkoczwartkowy wieczór. Rozpoczyna się liturgia Mszy świętej Wieczerzy Pańskiej. Rozbrzmiewa uroczyste Chwała na wysokości Bogu... W tym czasie biją dzwony. To jak mocny akord - zwiastun czegoś szczególnie ważnego. To jakby głos, który pragnie wyrwać z odrętwienia, znużenia, starego przyzwyczajenia. W intensywnym głosie dzwonów słychać zachętę do czuwania. Wiele razy Jezus przypominał o konieczności czuwania. Ostrzegał: "Nie znacie dnia ani godziny... czuwajcie więc...". Gdy udał się na Górę Oliwną, prosił uczniów: "Zostańcie tu i czuwajcie". A po chwili gorącej modlitwy, gdy zobaczył ich śpiących, jeszcze raz powiedział: "Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie...".

Tak mocno wiążą się modlitwa i czuwanie. Prawdziwe czuwanie nigdy nie jest drętwym trwaniem w oczekiwaniu na coś, co się mimochodem zdarzy. Czuwanie jest modlitwą i dlatego kryje w sobie moc tworzenia rzeczy wielkich. Czuwanie we Mszy świętej jest otwieraniem serca na najświętszą tajemnicę odkupienia i porywa człowieka do przekraczania barier narzuconych grzechem, złych przyzwyczajeń, nałogów.

Lekcja mądrości

Tylko Jan opisał to zdarzenie: "A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany". Jak nazwać czyn Syna Bożego, który wykonuje posługę niewolnika? Pokora? Uniżenie się? Przykład służby? Niewątpliwie tak. Ale w tym geście jest również piękna synteza Ewangelii. A Ewangelia to prawdziwa mądrość człowieka. Gdy w liturgii wschodniej wnosi się księgę Ewangelii, rozlega się wołanie: "Mądrość najwyższa. Powstańmy!".

Syn Boga - Mądrość Przedwieczna zstąpił z góry. Mądrość objawiona. Mądrość, która przekracza wszelką ludzką wiedzę. Jednych zdumiewa, innych zaskakuje, jeszcze innych irytuje. Ale wciąż nie brak tych, którzy zaufali jej bezgranicznie. I mozolnie odkrywając jej drogę, odkrywają zarazem prawdziwe szczęście i pokój. Podążają jej śladem i wciąż na nowo przekonują się, że nie istnieje lepszy wybór. Choć nie brak chwil zniechęcenia, to wystarczy, że znów wejdą do wieczernika, by umocnić się na drodze boskiej mądrości.

Z odwagą

Liturgia Wielkiego Piątku rozpoczyna się wyjątkowym aktem pokutnym: celebrans leży na posadzce kościoła, a wszyscy klęcząc trwają w modlitwie. Po liturgii słowa, w czasie której odczytywany jest opis męki Jezusa z Ewangelii św. Jana, następuje modlitwa wiernych, wyjątkowo rozbudowana i zarazem uroczysta. Dziesięć intencji obejmuje całą ludzkość: papieża, Kościół, katechumenów, żydów, niewierzących, rządzących państwami i wszystkich potrzebujących. To ukazuje miarę odpowiedzialności chrześcijan za losy ludzkości. Trzeba wielkiej odwagi, by tę odpowiedzialność nieść każdego dnia. Nie tylko w Wielki Piątek.

Ale czy każda modlitwa błagalna nie jest aktem odwagi? Jak wielką odwagę wykazał Abraham, który zdobył się na targ z Bogiem, by ocalić grzeszne miasta? Jak wielką odwagę musiał mieć Jeremiasz, by głosić rodakom nadchodzącą klęskę Jerozolimy? A Eliasz, który musiał stawić czoła czterystu pogańskim kapłanom? Kto chce się dobrze modlić, musi być odważny i musi umieć sięgać po rzeczy największe - prosić o rzeczy po ludzku nieosiągalne. Bo nawet jeśli wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia, wszechmocny Bóg uczynić może wszystko. Dla Stwórcy nie ma spraw nie do rozwiązania.

Moc ofiary

W ramach wielkopiątkowej liturgii oddajemy cześć Krzyżowi. Wnoszony do kościoła Krzyż jest zasłonięty. Przy potrójnym śpiewie "Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata. Pójdźmy z pokłonem", następuje stopniowe odsłonięcie i ukazanie go zgromadzonym. W dalszej kolejności następuje indywidualne uczczenie przez przyklęknięcie i ucałowanie. To jedna z najbardziej przejmujących modlitw. Modlimy się sercem i ciałem. Śpiewem pieśni i milczeniem. Modlimy się wspólnie i każdy bardzo osobiście. W ten sposób uznajemy wielkość tej ofiary, którą Syn Boga złożył na drzewie Krzyża.
 

Podchodząc w Wielki Piątek do Krzyża nie tylko wyrażamy najwyższe uznanie wobec czynu naszego Zbawiciela. W Krzyżu odczytujemy życiodajne drzewo i odkrywamy moc Chrystusowej ofiary. Prosimy, by Krzyż Chrystusa wydał owoce w naszym życiu. Byśmy otwartym sercem chłonęli łaski odkupienia. Ale to jeszcze nie wyczerpuje treści naszego gestu z liturgii. Pochylenie się wobec Krzyża jest także zgodą na obecność krzyża w naszym życiu. To jedna z najtrudniejszych decyzji, ale gdy pamiętamy, że Bóg nie skąpi swej łaski, możemy, choć nieraz nie bez lęku, powiedzieć Bogu - tak.

Docenić obecność

 Liturgia Wielkiego Piątku kończy się przeniesieniem Najświętszego Sakramentu do kaplicy Grobu Pańskiego. Tu rozpoczyna się modlitwa adoracji - często przez całą noc i następny dzień, to jest przez Wielką Sobotę. Gdy w Wyznaniu wiary mówimy "wstąpił do piekieł..." mamy na uwadze czas Wielkiej Soboty - dzień głębokiego milczenia i historycznie rzecz ujmując, dzień bolesnej nieobecności. Tak musieli ten dzień przeżywać Apostołowie. Nagle odczuli nieznośną pustkę spotęgowaną wrażeniem, że oto widzą fiasko swojego kilkuletniego zaangażowania. Kiedyś porzucili swoje domy, poszli za Jezusem. Dziś nie widzą dla siebie przyszłości.

 Milczenie wzmaga pragnienie słowa, a nieobecność pobudza tęsknotę za spotkaniem Oczekiwanego. Dramatyczne godziny szabatu, gdy wszyscy świętowali Paschę, dla Apostołów znaczyły trwogę niepewności i ból zagubienia. Ale widocznie na drodze ich wiary było to doświadczenie konieczne. Poczucie nieobecności Boga i wrażenie oddalenia od Jezusa wpisane są w drogę wiary. Być może nasz Pan pragnie, byśmy Jego obecność przywoływali serdeczną tęsknotą i jeszcze bardziej pełniejszym zaufaniem, które nie dopuszcza zwątpienia. Bo przecież On jest przy nas.

W ramionach miłości

Gdy zapada sobotni wieczór, rozpoczyna się obchód niedzieli - wieczorna liturgia Mszy świętej stanowi radosne czuwanie wspólnoty Kościoła w oczekiwaniu na zmartwychwstanie Pana. Po poświęceniu ognia i nowego paschału uczestnicy liturgii wchodzą do kościoła i następuje jeden z najpiękniejszych śpiewów: orędzie paschalne. "Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie: weselcie się, słudzy Boga. Niechaj zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo. Raduj się ziemio opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla wieków, poczuj, że wolna jesteś od mroku, co świat okrywa! Zdobny blaskiem takiej światłości, raduj się, Kościele święty, Matko nasza!" - płyną słowa żarliwej modlitwy.

Zwyciężyła miłosierna miłość Boga! Grzech Adama został zmazany. Szatan już pokonany. Liturgia Kościoła nie boi się wypowiedzieć nawet tak paradoksalnego stwierdzenia: "O, szczęśliwa wina, skoro zgładził ją tak wielki Odkupiciel". Bo rzeczywiście "przedziwna jest łaskawość Twej dobroci dla nas" i "niepojęta jest Twoja miłość". Trzymając w dłoniach zapalone świece, fizycznie odczuwamy nowe światło, które wkracza w nasze życie: to światło miłości Bożej. Jeśli my sami jesteśmy zdolni do miłości, to dlatego, że czerpiemy z tego źródła miłości, jakim jest On, nasz Zbawca. Tej nocy musimy poczuć, że niesie nas Miłość

Święci pośród świętych

Po liturgii słowa, tym razem mocno rozbudowanej (wykonuje się przynajmniej trzy czytania ze Starego Testamentu i dwa z Nowego Testamentu), rozpoczyna się liturgia chrzcielna. Wszyscy zgromadzeni stoją z zapalonymi świecami. Następuje modlitwa litanią do wszystkich świętych. Po poświęceniu wody chrzcielnej dochodzimy do punktu kulminacyjnego: to obrzęd odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych. To zarazem chwila powrotu do początku, spotkanie przy źródle. Jeszcze raz, wyrzekając się złego ducha i wyznając wiarę Kościoła, powracamy do pierwszej miłości i pierwotnej gorliwości.

Wcześniejszy śpiew litanii to nie tylko prośba o wsparcie ze strony naszych patronów u Boga. To również przypomnienie, że wraz z nimi tworzymy jedno - jeden Kościół. My, obecni na ziemi, pozostający wciąż w drodze, mamy jeden cel: dołączyć do grona zbawionych. Spełnione życie oznacza osiągnięcie świętości. Czy to jest w zasięgu naszych możliwości? Tak, gdy usłyszymy nieco później słowa eucharystycznej modlitwy: "Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy... Bierzcie i pijcie z tego...", możemy być pewni, że On chce, byśmy, choć grzeszni, ze "świętą zuchwałością" sięgali po pokarm z nieba, dający życie wieczne. I mocą tego pokarmu szli przez kolejne dni i lata, aż dojdziemy tam, gdzie On czeka na nas. W domu Ojca.

 

ks. Roman Sławeński www.katolik.pl

 

 

 
« pierwszapoprzednia21222324252627następnaostatnia »

Strona 21 z 27