Terminy Spotkań:

 

Listopad

 

02 XI 2017

SPOTKANIE MODLITEWNE 

godz. 19.00 czwartek (świetlica)

 

09 XI 2017 EUCHARYSTIA 

godz. 19.00  (czwartek)

 

16 XI 2017  

SPOTKANIE MODLITEWNE 

godz. 19.00 czwartek  (świetlica)

 

23 XI 2017 ADORACJA    

godz. 19.00 (czwartek)

 

30 XI 2017 

SPOTKANIE MODLITEWNE 

godz. 19.00 czwartek (świetlica)

Dzisiaj jest: 22 Listopad 2017    |    Imieniny obchodzą: Cecylia, Jonatan, Stefan


Licznik odwiedzin:

dzisiaj:58
wczoraj:57
w tym tygodniu210
w tym miesiącu:1801
razem:195630


Zagrożenia duchowe czy demonizowanie rzeczywistości?

„Oto dałem wam władzę po stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednakże nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie.” (Łk 10, 19) Te słowa Jezusa są dla nas kluczowym punktem odniesienia dla oceny różnych zjawisk, które dziś są uznawane przez niektórych za zagrożenia duchowe. Jednym z nich jest problem tzw. węzłów Shamballa. Spróbujmy zobaczyć problem na szerszym tle.
 

 

1) Kim jest chrześcijanin?

Św. Augustyn powiedział, że chrześcijanin to drugi Chrystus. Co to oznacza? Jednym z elementów tego podobieństwa jest władza nad duchami nieczystymi. Jezusowi zależy na tym, by chrześcijanin nie bał się, by żył bez lęku. Dlatego uświadamiał swoim uczniom, że dana im jest władza nad złymi duchami. Świadome przyjęcie przez wiarę panowania Jezusa do własnego życia ma zaowocować pewnością zwycięstwa Chrystusa na szatanem i wszystkimi demonami.

Prawdziwym duchowym zagrożeniem jest więc prowokowanie w drugim człowieku lęku, jakoby za każdym rogiem czyhało na niego jakieś niebezpieczeństwo. Poddawanie się lękom blokuje zdolność do współpracy z Bożą łaską.

Sednem zdrowej duchowości jest ufność Bogu (nie oznacza to, że ta ufność ma nas prowadzić do lekkomyślności czy zuchwałości). Można mieć wrażenie, że wielu chrześcijan nie doszło jeszcze do odkrycia tej mocy, która została im ofiarowana w sakramencie chrztu świętego i bierzmowania. I dlatego zbyt wielu chrześcijan żyje w lęku. Przesadne podkreślanie zagrożeń duchowych bez wlania w serce człowieka pewności zbawienia i ochrony, jaką daje wiara w Jezusa Chrystusa, blokuje jego rozwój w wierze.

2) Niebezpieczeństwo magicznego myślenia

W życiu duchowym nic nie dzieje się automatycznie. Człowiek, który oddał swoje życie Jezusowi, nie obawia się kontaktu z niewierzącymi, czy nawet z satanistami, jeśli spotka ich na dworcu, albo ze Świadkami Jehowy, jeśli przyjdą do niego do domu. Gdy należę do Jezusa i żyję w głębokiej więzi z Nim przez modlitwę, słowo Boże i sakramenty, to demony boją się mnie. Lęk przed nimi jest niepotrzebny. Noszony z wiarą znak krzyża, medalik, jest znakiem zwycięstwa Chrystusa nad Złym i ochroną dla mnie.

Warto podkreślić, że znaki kultury pogańskiej, czy nawet znaki uważane za demoniczne przeniesione w dzisiejszą popkulturę nie szkodzą automatycznie. Jeśli powieszę sobie w domu obraz namalowany przez poganina, nie oznacza to, że automatycznie stanę się poganinem. Jeśli nawet w jakimś obrazie będzie tzw. przekaz podprogowy, czyli oddziaływanie na nieświadomość człowieka, nie oznacza to, że od razu, mechanicznie będzie on zmanipulowany. Ten rodzaj manipulacji jest oczywiście zagrożeniem, ale nie wolno nam stracić z oczu ochrony, jaką daje nam Bóg!

3) Do kogo demony mają dostęp?

Największym zagrożeniem dla człowieka jest brak osobistej i głębokiej więzi z Bogiem. Każdy z nas toczy walkę o to, by całym sercem przylgnąć do Chrystusa, by nas nic od niego nie oddzieliło. Wchodzenie w grzech, życie przesadnie nastawione na przyjemności blokuje modlitwę, otwiera człowieka na silniejsze oddziaływanie złych duchów. Spotkanie np. z przedmiotami, które zostały poddane autentycznej klątwie, czy z osobami manipulowanymi przez złe duchy, czy z osobami zniewolonymi przez nie, będzie szkodliwe duchowo dla człowieka pozbawionego ochrony wiary.

Kto całkowicie należy do Chrystusa, nie należy do zła. Jeśli taki człowiek weźmie do ręki jakieś przedmioty związane np. z okultyzmem, nie będą mu one szkodzić (o ile Bóg nie zamierza czegoś innego, jest bowiem Jego tajemnicą, że dopuszcza diabła blisko świętych i pozwala na dręczenia ich). Zdaniem Jana Pawła II jedno jest pewne: zło nie może przekroczyć granicy wyznaczonej mu przez Boga!

Kto lekceważy Boga, więź z Chrystusem ma niepełną, ten ma luki w duchowej barierze ochronnej i do tego człowieka demony mają łatwiejszy dostęp. To, co nie będzie szkodzić człowiekowi chronionemu łaską Bożą i osobistą więzią z Chrystusem, może być dodatkowym zagrożeniem dla tzw. wierzących, ale nie praktykujących.

 

4) Demoniczne różańce?

Można mieć wrażenie, że wokół różańców wykonywanych przez osoby zakonne i świeckie, a które używają sposobu plecenia zwanego splotem Shamballa, wybuchła spora histeria. Prowokowanie lęków w ludziach z tego powodu jest moim zdaniem wielką nieodpowiedzialnością. Nie ma czegoś takiego jak „różaniec Shamballa”, „różańce poświęcone Szatanowi” (sic!), „szatańskie różańce (sic!). Zastosowanie jakiegoś splotu, nawet jeśli byłby używany w kulturach pogańskich, nie ma żadnego znaczenia dla duchowej kondycji człowieka, gdy ten wie, że „jego imię jest zapisane w niebie”!

Chrześcijaństwo przejęło szereg znaków z kultury pogańskiej, nadając im nowe znaczenie, odnoszące się do Chrystusa. Takim znakiem jest choćby krzyż, który był pierwotnie narzędziem śmierci, a teraz jest dla nas znakiem zwycięstwa nad śmiercią. Inny przykład: Lekkie ciarki przechodzą nam po plecach na dźwięk imienia Lucyfer. A jednak to imię nosił biskup Cagliari, żyjący w IV wieku i jest ogłoszony świętym. Demoniczna konotacja pojawiła się później, najprawdopodobniej pod wpływem łacińskiego tłumaczenia Biblii. Z takiej perspektywy należy spojrzeć na różaniec, który zawiera węzeł Shamballa. Poświęcony przez kapłana jest pełnowartościowym różańcem (sam z takiego korzystam). Sugerowanie, że jest to „picie z kielicha demonów” (1 Kor 10, 20-22), jest poważną nieodpowiedzialnością i przesadnym demonizowaniem rzeczywistości.

Zasada: Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła (1 Tes 5, 22), nie ma tu zastosowania, gdyż wykorzystanie jakiegoś elementu materialnej kultury (nawet pogańskiej) nie ma nic wspólnego ze złem. Problem mógłby się pojawić, gdyby takie przedmioty były produkowane z intencją poświęcenia ich złu i jakimś złorzeczeniem czy przekleństwem. Mając taką wiedzę na ten temat, należy skorzystać z modlitwy egzorcyzmu przedmiotów przez upoważnionego kapłana.

Ks. dr Sławomir Płusa

Egzorcysta diecezji radomskiej

 
Cały ten zgiełk                      
 
 
Gdy przyklękamy do modlitwy, zamknąwszy drzwi izdebki, z naszego wnętrza wyłaniają się hałaśliwe echa wszystkich doznań z ostatnich kilkudziesięciu godzin, a czasem i lat.
 
Na zewnątrz już jesteśmy Marią z Betanii, ale z wnętrza wydobywają się okrzyki Marty. Maria słucha słowa Bożego, przysiadłszy przed kolanami samego Boga. Marta wydobywa z naszej pamięci orszak wspomnień i zmartwień wzbudzający tumany kurzu uczuciowego: gniew, złość, wspomnienia, lęki, przywiązania, ciekawość odgłosów dochodzących z ulicy, rozpraszające bzyczenie muchy, rozmowy przeprowadzone w ciągu dnia, zdrowe wyrzuty sumienia i te neurotyczne, pretensje, niepokój o najbliższych, impulsy żądające natychmiastowej rozmowy telefonicznej. To wszystko jest jakimś niepotrzebnym wtrącaniem się Marty, żądającej dalszej aktywności, dalszego usługiwania i krzątania się w porządkowaniu naszego światka. Możemy jednak temu całemu zgiełkowi powiedzieć stanowczo: nie teraz! Zajmiemy się tym wszystkim za godzinę. Kiedy jesteśmy z Kimś najważniejszym, wszystko ważne staje się nieważne.
 
Kiedy już uciszymy cały ten zgiełk i zamkniemy go za bramami milczenia, pojawią się przed nami subtelniejsze podwoje, bardziej ukryte, a przez to trudniejsze do pokonania. Jeśli ich nie przekroczymy, prawdziwa modlitwa stanie się znowu nieosiągalna. Drugie wrota modlitwy nie dotyczą już świata zewnętrznego, ale naszego wewnętrznego świata niepokojów.W tym miejscu modlitwy mogą nam się nasunąć wątpliwości, czy w ogóle Bóg nas słyszy i czy nie jesteśmy czasem zupełnie obojętną Mu osobą. Może to być lęk przed Jego niezadowoleniem, karą, albo wrażenie, że Bóg nas odrzuca lub pomija, nie słyszy lub nie chce z nami rozmawiać. Skoro nic nie czujemy i ogarnia nas pustka, to być może nic dla Niego nie znaczymy? Lęk może sprowokować w nas sztuczną stymulację duchowych przyjemności. Poczujemy szczególne uhonorowanie, objawienie albo misję do nawrócenia świata. Być może zwiedzie nas jakieś wyjątkowe poznanie teologiczno-intelektualne albo wrażenie wybrania. To nie jest jednak Bóg, tylko nasze lękowe pragnienia, które nas odwodzą od ostatnich drzwi uciszenia w modlitwie.
 
Nasza modlitwa głębi jeszcze bardziej domaga się wyrzeczenia samych siebie i swoich pragnień i lęków niż nasze życie aktywne i moralne. Każda prawdziwa modlitwa musi się przynajmniej kończyć ciszą zapatrzenia się w oczy Jezusa i usłyszenia Boga w Jego prawdziwych słowach, jakie do nas kieruje wprost z Biblii. Maria zapomniała o wszystkim, nawet o krzątającej się siostrze. Była szczęśliwa, ale nie podekscytowana. Zapatrzona i zasłuchana. Jej miłość uwolniła ją na godzinę z wszelkich trosk i zmartwień, lęków i obaw. Marta zaś oddała się swoim zmartwieniom i lękom, dlatego była pozbawiona miłości i wypełniona pretensjonalnością. Zapewne roznosiła poczęstunek pośród zasłuchanych gości, którzy wypełnili atrium jej domu w Betanii. Dbając jednak o ich głód żołądka, naraziła się na głód własnego serca.
 
Augustyn Pelanowski OSPPE
 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>

Strona 7 z 21